Anna Gregory

Spotkałyśmy się jesienią w butiku na Józefa 2 w Krakowie. Rozmawiałyśmy długo, bo i lista wspólnych tematów nie chciała się skończyć. Ania opowiedziała mi o początkach swojej kariery i o tym co jest ważne przy tworzeniu swojej marki. Zdradziła nam kulisy stażu w londyńskim domu mody, a także co dały jej studia w Wielkiej Brytanii. Wyjaśniła dlaczego wybrała Kraków zamiast Londynu, a przede wszystkim opowiedziała co najbardziej kocha w modzie i byciu projektantem. Zapraszam na spotkanie z Anną Grzegorczyk – twórczynią marki Anna Gregory.

Anna Gregory (fot. Trend Studio)
Jak wyglądały Twoje pierwsze doświadczenia z branżą mody?

Studiowałam Fashion Design na uniwersytecie w Anglii, zrobiłam tam dwa staże – u znanych londyńskich projektantów – u Louis Gray, która jest niszowym projektantem i w mini domu mody Marios Schwab. W małej pracowni, gdzie pracuje tylko kilka osób, po sprawdzeniu naszych umiejętności otrzymujemy rzeczy do szycia, które biorą udział w pokazie, dużo pracuje się na wykrojach, i jest się z tym projektantem wszędzie… a u dużego projektanta, gdzie jest piękne studio i masa pszczółek do pracy, 15 stażystek siedzi i miesiącami przyszywa kryształki Swarovskiego na sukniach. Jest tajemnicą jak projektant stworzył kolekcje. Nie widzimy pracy twórczej projektanta. Szkolimy warsztat, siedzimy razem z krawcowymi. Możemy podglądać jak szyją. My dostajemy ręczną robotę: prasowanie, dekatyzowanie belek tkanin, sprzątanie studia. Biegamy ze sprawunkami po mieście, rozwozimy rzeczy do butików, na sesję zdjęciową. U znanego projektanta poznaje się kulisy London Fashion Week a nawet samą Annę Wintour.

Jaka było najcenniejsza nauka, którą wyniosłaś z pierwszego stażu?

Zobaczyłam, że Marios Schwab ma ludzi od wszystkiego: od szycia, rysowania, robienia wykrojów, np. sprowadził światowego mistrza od wykroju z Niemiec, ale kiedy przychodzi moment, że musi pokazać krawcowej jak coś uszyć, potrzebuje coś narysować, coś wytłumaczyć, to jest mistrzem w tym co robi. Wtedy wszystkie wątpliwości się rozwiewają i masz pewność, że pracujesz z prawdziwym artystą i wyśmienitym ekspertem.

Czy staże są płatne?

Staże są bezpłatne, płacony jest tylko transport po Londynie.

Dlaczego zdecydowałaś się na powrót do Polski?

Kocham Londyn, ale nigdy nie czułam iż jest to moje miejsce. Przy jednym ze świątecznych pobytów w Krakowie dostałam propozycję współpracy i sprzedaży swoich projektów i tak rozpoczął się mój powrót.

Jak powstała marka “Anna Gregory”?

You can not pronounce Grzegorczyk, make it Gregory 😉

Jak wyglądał proces tworzenia marki?

Wzięłam udział w London Fashion Week. Sam fakt, że jesteś na liście uczestników off-schedule LFW, to już niesamowita promocja. Pomimo braku nakładu marketingowego, przychodzi cała sala publiczności. Po udziale w LFW od razu powstała „Anna Gregory Design”. Po powrocie do kraju przekształcona w Anna Gregory.

Klient zapamiętuje nas od początku, więc… mimo trudności zacznijmy od dobrych, fachowo uszytych rzeczy.

Jak oceniasz decyzję posiadania butiku po 2 latach działalności?

Butik był strzałem w dziesiątkę. Wcześniej funkcjonowałam na Showroomie i Mostrami, jednak sklep stacjonarny sprawdza się w moim przypadku. Widzę, że Panie lubią to miejsce – mogą dotknąć materiał, przymierzyć rzecz, zobaczyć jak wygląda. Od podszewki znam swojego ciucha, jak ktoś nie jest pewien, mogę coś zaproponować. W internetowym sklepie klient jest anonimowy, w żaden sposób nie mogę go ubrać, doradzić, wystylizować.

Fajnie, że jest to Kazimierz, że jest to ulica z innymi butikami. Pomimo wysokiego czynszu, własny butik jest dla mnie radością, jest namacalny. Mogę poznać klienta, a klient może przymierzyć moje ubrania, pogadać, napić się kawy. Jest to fajne miejsce, które wymaga jeszcze mnóstwa pracy,ale zostanę tutaj – Józefa 2 🙂

Jak łączysz rolę projektantki z obowiązkami związanymi z prowadzeniem butiku?

Butik jest otwarty od godziny 13 i często spotykam się ze stwierdzeniem: „ Ale cudownie, śpisz sobie do 12!”. Do popołudnia mam masę rzeczy do załatwienia – od kwestii projektowych, pracy z krawcowymi, zaopatrzenie się w materiał, odebranie uszytych egzemplarzy. Ok, nie muszę wstać o 6 rano, ale pracuję od 9:00 rano do 19 – 20 w butiku a później jeszcze w domu. 6 dni w tygodniu! Twórczo na tym trochę tracę. Jeśli masz butik, masz dużo pracy technicznej. Kreatywnie wolę pracować w domu, gdzie nic mnie nie rozprasza.

Czy szkoła przygotowała Cię do prowadzenia biznesu w branży mody?

W Polsce – nie. A w Anglii- już tak. W UK studia są prowadzone na mistrzowskim poziomie. Profesorowie wznoszą nas na wyższy poziom projektowania, wyciskają kreatywnie i artystycznie. Również kładzie się nacisk, żeby znać zasady funkcjonowania w biznesie: jak liczyć marżę, ile produkty powinny kosztować, żeby pokryć wszystkie koszty związane z prowadzeniem marki. Było też dużo wykładów na temat psychologii, socjologii, wszechstronnej wiedzy. Na uniwersytecie, na którym studiowałam, marketing był obowiązkowy na pierwszym roku, później każdy z nas wybierał specjalizację. Nie wybrałam kierunku z rozszerzonym marketingiem, ale wydaje mi się, że w miarę nas przygotowali i początek nie był szokiem, ale tak na prawdę wszystkiego uczysz się w praktyce. To jest taki śmieszny zawód, gdzie trzeba samemu przeorać swoje pole, aby
zebrać doświadczenia.

Kto jest klientką Twojego butiku?

Czadowa kobieta.
W głównej mierze bazuję na turystach. Moje rzeczy wpisują się w japońsko-skandynawską estetykę. Mam też grupę stałych ukochanych klientek.

W jakim klimacie jest Twoja marka?

Japońsko-skandynawskim. Dużo czarnych rzeczy. Luźna estetyka, proste kroje. Przede wszystkim tworzę modę slow, (czyli rzeczy dobrej jakości na lata, wyprodukowane lokalnie, i „zero waste”). Ostatnio przyszła do mnie klientka, która zakupiła u mnie płaszcz z wełny bouclé Max Mary 5 lat temu! i pochwaliła się: „Pani Aniu, wszyscy zaczepiają mnie na ulicy i pytają się skąd mam ten płaszcz?”. Na tym mi zależy, żeby tworzyć „rasowe” produkty które będą nam się podobać przez lata.

Butik „Anna Gregory” (fot. Trend Studio)
Co jest charakterystycznym elementem Twoich kolekcji?

Charakterystycznym krojem jest kimonowa sukienka. Większość modeli jest w jednym rozmiarze. Tak samo płaszcze, których bazowym rozmiarem jest 42, z założenia ma być oversiz’owy. Szereg rzeczy wygląda niesamowicie dopiero po ubraniu.

Od podszewki znam swojego ciucha, jak ktoś nie jest pewien, mogę coś zaproponować. W internetowym sklepie klient jest anonimowy, w żaden sposób nie mogę go ubrać, doradzić, wystylizować.

Co jest punktem wyjścia dla kolekcji?

Tkanina. To jest to COŚ co uwielbiam i od czego zaczynam pracę nad kolekcją. Od początku działalności edukuję klientki i staram się tłumaczyć na czym polegają różnice pomiędzy materiałami i cieszę się widząc, że to doceniają.

To jaki jest Twój ulubiony surowiec?

Mój ukochany materiał to matowy jedwab, w ulubionym czarnym kolorze 🙂

Gdzie zaopatrujesz się w materiały?

Kupuję drogie, szlachetne tkaniny w niewielkich ilościach. Jeżdżę po nie do Włoch.  Tkanina jest certyfikowana przez producenta, ma informacje: o składzie surowcowym, jak się powinno z nią obchodzić, kto ją wyprodukował.

Materiały z kolekcji jesień/zima 2018/19 (fot. Trend Studio)
Jak zmieniło się postrzeganie mody i ubrań przez polskie kobiety?

Nastąpiła zmiana w podejściu samego konsumenta do spraw “eko”. Klientka kupuje lepsze kosmetyki, bez chemii. Poszukuje naturalnych tkanin, przyjaznych skórze i środowisku.

Jak wpisujesz się w nurt zrównoważonej mody?

Rozumiem filozofię eko i slow w sensie nawet nie swojego zdrowia, ale zdrowia planety. Skoro już dokładam więcej ubrań do przemysłu modowego, to dbam o źródło pochodzenia, i o jakość. Zazwyczaj znam producenta tkaniny, którą sprowadzam z Włoch. Nie tworzę też żadnych odpadów. Trochę ze względów finansowych, skoro mam już tak drogą i szlachetna wełnę od Max Mary, chcę wykorzystać każdy centymetr tej tkaniny.

Dodatkowo raz na sezon robimy event vintage’owy, gdzie trafiają rzeczy z drugiego obiegu z różnych dobrych marek.

Co jest ważne przy prowadzeniu swojej marki?

Każdy chyba powie to samo: podążanie swoją ścieżką i konsekwencja w budowaniu swojego stylu. Chcę robić płaszcze z poszarpanymi brzegami, z wystającymi nitkami, w stylistyce nawiązującej do nordyckich klimatów, które są lekko mroczne, w stylu japońskim, z pięknych tkanin. Tak aby za 5, 10 lat nadal być z nich zadowolonym…i ta satysfakcja wtedy jest jeszcze większa.

Czy masz wskazówki dla młodych projektantów na początku kariery?

Na początku jest trudno finansowo. Skąd wziąć pieniądze na wyprodukowanie kilku pierwszych egzemplarzy czy kolekcji? Klient zapamiętuje nas od początku, więc… mimo trudności zacznijmy od dobrych, fachowo uszytych rzeczy. Zrób ładne zdjęcia – w studiu, na fajnej dziewczynie. Spróbuj wystawić się na targach. Ja tak zaczynałam. Po targach ktoś do mnie podszedł i zaproponował sprzedaż moich rzeczy w swoim butiku i tak to się zaczęło… Trzeba też mieć coś swojego. Ja mam niszę. Uwielbiam te ciuchy i z nich nie zrezygnuję, pomimo, że jest grupa osób, która wchodzi do butiku i od razu stwierdza, że to nie jest ich styl. Trzymaj się swojego i miej swój pomysł na markę!

Czy wybrałabyś inną drogę?

Ostatnio klientka mi napisała: „Twoje ubrania poprawiają mi nastrój każdego dnia”. Czy jest coś piękniejszego?  Fakt, że rzeczy się sprzedają, podobają, że sama to stworzyłam i klienci wracają – to jest ogromnie satysfakcjonujące.

Aniu, dziękuję za rozmowę.

Butik Anna Gregory ul. Józefa 2 Kraków

http://www.annagregory.com/